Listopad to ohydny miesiąc - kojarzy się z chłodem, deszczem i szarością. Pasuje więc, że pierwszy dzień tego miesiąca wiążę się z obchodzeniem Święto Zmarłych. Tak, wiem, oficjalnie to jest "Wszystkich Świętych", ale i tak spędza się go na cmentarzu.
Jest to chyba najgłupsze święto w kalendarzu. Tysiące księży psioczy w czasie mszy na Halloween i tę wredną amerykańską komercjalizację, a potem wierni wychodzą i wydają setki złotych na wiązanki, znicze i inne grobowe ozdobniki. I po co? Zmarłemu to się nie przyda. Wręcz przeciwnie - zapewne by chciał, by jego najbliżsi wydali pieniądze na rzeczy dla żyjących. Ale trzeba zapalić znicz, bo jeszcze przyjdzie rodzinka i zobaczy jego brak. I wstyd będzie.
Niestety, chrześcijanie mają fioła na punkcie śmierci. Życie polega na umartwianiu się, natomiast śmierć jest czymś wspaniałym, lepszym. Martwy jest bliżej Boga, więc nie ma czym się przejmować zanikiem funkcji życiowych. Gnijące w ziemi zwłoki zasługują więc na największe uznanie - przymierajmy więc głodem, byle tylko godnie oświetlić ich szczątki.
A ja jako wredny, głupi ateista uważam, że życie jest dla żywych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz