Zgodnie z duchem tradycji dzisiaj trzeba się było zmoczyć. W moim przypadku było to dość dosłowne, gdyż Pani zażądała, bym nasikał sobie do pyska. Co oczywiście uczyniłem, chociaż auto-piss nie należy do moich ulubionych praktyk.
Takie zadanie dzieli się zawsze na dwie części. Pierwsza to oczywiście przygotowywanie się, magazynowanie paliwa, nabieranie siły, gromadzenie zapasów...Innymi słowy - napełnianie pęcherza. Te chwile mocno przypominają o poddawaniu się woli Pani, bo z reguły mocz wydalam niemalże odruchowo. Wiadomo, pieluch oczywiście nie noszę, ale sikaniu poświęcam z reguły tyle myśli, co dajmy na to podrapaniu się po plecach. Czasem zaczynamy coś doceniać dopiero wtedy, kiedy zostaje nam to zakazane. Och, ile przyjemności czasem daje takie siusianie!
Szczanie do pyska to część druga, najważniejsza. Także tutaj są wyzwania, głównie logistyczne - trzeba ułożyć się w wannie tak, by odpowiednio ustawić "armatkę wodną", a jednocześnie to nagrywać. Nie jest to łatwe, ale na szczęście jakąś tam elastyczność stawów już wypracowałem. A potem przychodzi czas na finał i trzeba dzielić odczucia - z jednej strony ulga, a z drugiej upodlenie. Napotykam tu zawsze na barierę psychiczną. Nawet jak jakoś wyjątkowo śmierdzący ten mocz nie jest, to jednak odruchowo mnie cofa, gdy próbuję go przełknąć.Tym razem skończyło się na paru łykach, ale Pani już zapowiedziała, że następnym razem tak łatwo się nie wymigam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz