Z całego dnia mam właściwie ochotę opisać te kilkanaście sekund koło północy. Parę godzin temu, po 46 dniach abstynencji w końcu mogłem się spuścić. Równo o północy, przy dźwięku fajerwerków dobiegających zza okna. Pierwszy raz tak długo wytrzymałem i hmmm. Trochę jestem rozczarowany, bo orgazm był bardzo dobry, ale nie był jakiś wyjątkowy. O wiele mocniej dochodziłem posuwając Pani bucik.
Po tak długim czasie zbudowałem w sobie takie wyobrażenie o tym orgazmie, że chyba nie sposób mu było dorównać. Ale chyba doszły tu także inne czynniki, jak np. alkohol oraz konieczność spuszczenia się na czas. Zabrakło mi odpowiedniej koncentracji lub nastawienia, odniosłem wrażenie, że nie wypróżniłem się do końca. Nie czułem się nawet wyczerpany, nawet po zlizaniu swojej spermy cały czas byłem podniecony.
No nic, mówi się trudno. Poziom napięcia na pewno nieco spadł, a w zasadzie to jest najważniejsza część orgazmu - moja przyjemność z nich ma teraz znaczenie drugorzędne. To że cały czas jestem podniecony jest nawet dobre z punktu widzenia mojej służby. Więc Nowy Rok zaczyna się odpowiednio:)
A wszystkim to czytającym życzę spełniania wszystkich marzeń (zwłaszcza tych najskrytszych) w nadchodzącym roku!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz